Chłopi, Część czwarta – Lato. Reymont Władysław Stanisław

Chłopi, Część czwarta – Lato - Reymont Władysław Stanisław


Скачать книгу
przerosłe żółtą ognichą, pławiły się trzepotliwie w cichym, nagrzanym powietrzu. Jakiś ptak wielgachny ważył się nad rozkwitłą koniczyną, co niby okrwawiona chusta leżała na skłonie wyżni. Kajś niekaj boby tysiącami białych ślepiów stróżowały przy ziemniakach, a tu i owdzie na dołkach lny niebieściły się bledziuśkim kwiatem, niby te przymrużone od blasków dziecińskie oczy.

      Bardzo cudnie było na świecie, słońce ogrzewało coraz barzej i ciepło, sycone zapachem kwiatów, co tliły się nieprzeliczone we zbożach i wszędy, zwiewało z pól taką lubą, żywiącą mocą, jaże dusze rozpierało radością i same łzy cisnęły się do oczów.

      – Świętaś ty i rodzona! Święta – wyrzekła pochylając głowę.

      Sygnaturka zaświergotała w powietrzu kiej46 ten ptaszek.

      – Za Twoją to sprawą wszyćko47 na świecie, mój Jezu kochany! Za Twoją! – szepnęła gorąco, bierąc48 się z powrotem do pacierza.

      Kajś49 w pobliżu cosik50 zatrzeszczało, obejrzała się uważnie; pod wiśniami o płot pleciony wsparta stojała51 Jagusia, jakoś smutnie wzdychająca.

      – Że to ni minuty spokoju! – zabiadała Hanka, gdyż przypominki chlasnęły ją kiej52 te parzące pokrzywy. – Prawda, dyć53 ona ma zapis! – przypomniała sobie. – Całe sześć morgów! Złodziejka jedna! – Aż ją w dołku sparło54 ze złości. Odwróciła się plecami, jeno co już nie poredziła55 zebrać się na modlitwę, bo dawne urazy i żale opadły ją kiej te złe, rozszczekane psy.

      Południe już przechodziło, chude cienie jęły wypełzać spod drzew i domów, a we zbożach, co się ździebko kłoniły za słońcem, zagrały z cicha koniki polne, bąk też kajś niekaj56 zahuczał i przepiórki odzywały się po swojemu.

      Ale upał wzmagał się coraz barzej i prażył już niemiłosiernie.

      Suma się wnet skończyła i nad stawem jęły gęsto przysiadać kobiety do zezuwania trzewików, zaś drogi tak się zamrowiły ludźmi, wozami a gwarem, że Hanka spiesznie powróciła do chałupy.

      Boryna już był całkiem wyrychtowany57.

      Leżał w pośrodku izby, na szerokiej ławie, nakrytej płachtą i obstawionej płonącymi świecami, juści, co wymyty był, wyczesany i ogolony do czysta, jeno na policzku miał długą zadrę od Jambrożowej brzytwy, zalepioną papierem. Ubier58 też miał wdziany co najlepszy: białą kapotę, którą se był sprawił na ślub z Jagusią, portki pasiate i buty prawie całkiem nowe.

      W spracowanych, wyschłych rękach trzymał obrazik Częstochowskiej, pod ławą stała balia z wodą, bych przechładzać powietrze, zaś na glinianych pokrywach dymiły jałowcowe jagody zapełniając izbę kieby59 tą mgłą modrawą, w której wynosił się straszliwy majestat śmierci.

      I leżał se tak paradnie w onej trupiej cichości Maciej Boryna, człek sprawiedliwy i mądry, chrześcijan60 prawy, gospodarz z dziada pradziada i pierwszy bogacz we wsi.

      Pod dachem ojców przyłożył se po raz ostatni głowinę strudzoną, kiej ten ptak na wyraju, nim weźmie lot podniebny, a poniesie się tam, kaj61 od wiek wieka wszystkie odlatują.

      Gotowy ci już był do pożegnań znajomków a powinowatych i gotowy do onej drogi dalekiej.

      Już mu się ano dusza korzyła przed sądem Pańskim, a jeno ten jego trup lichy, ta człowiecza zewłoka, próżna żywiącego dechu, leżała jakby prześmiechając się leciuśko wśród świateł, dymów i modłów nieustannych.

      A ludzie szli już a szli tym ciągiem nieskończonym; kto wzdychał żałośnie, kto się bił w piersi i modlił gorąco, kto zaś medytował kiwając smutnie głową i obcierając tę ciężką, żalną łzę, że szmer pacierzy, ściszone szlochy i pogwary wzdychliwe trzęsły się kiej te przejmujące siąpania deszczów jesiennych. A ludzie wchodzili i wychodzili bez przerwy; szli gospodarze i komornicy, szły kobiety i dzieuchy62, szli starzy i młodzi, całe Lipce tłoczyły się w izbie i w sieniach, zaś do okien cisnęło się tyla63 dzieci i tak swywoliły, jaże Witek nie poredząc ich rozegnać poszczuł psem, ale Łapa go nie posłuchał, trzymał się dzisiaj Józki, a niekiedy biegał dokoła chałupy i wył kiej ten głupi.

      Nad całą wsią zaciężyła ta śmierć Borynowa; dzień był przeciek64 śliczny, rozsłoneczniony, pachnący zwiesną65 i luby66, że nie wypowiedzieć, a dziwny smutek owiewał chałupy i dziwna cichość zaległa wszystkie drogi. Ludzie chodzili osowiali, markotni a srodze strapieni, każdy jeno67 wzdychał żałośnie, rozwodził ręce i zadumywał się nad człowieczą smutną dolą.

      Wielu, którzy żyli z nieboszczykiem w przyjacielstwie68, ostało przed chałupą, kaj już poniektóre gospodynie pocieszały Hankę, Magdę i Józkę, poczciwie popłakując wraz z nimi, a sielnie69 się wyżalając nad sierotami.

      Jeno do Jagusi nikto70 nie przystępował z tym dobrym, pocieszającym słowem, juści, co ta była niegłodna użalań się nad sobą, ale zawdy tak ją zabolało to opuszczenie, że uciekła do sadu i zaszywszy się w gęstwę, siedziała tam całe godziny, nasłuchując jeno Mateuszowej roboty kole trumny.

      – Że to się jeszcze śmie pokazywać na oczy! – syknęła za nią wójtowa.

      – Poniechajcie71! Nie pora na takie wypominki! – wyrzekła któraś.

      – I niech ją tam Pan Jezus sądzi – dodała Hanka łagodnie.

      – Wójt ta wasze docinki dobrze jej wynadgrodzi! – zaśmiał się kowal. Szczęściem, że przysłali po niego od młynarza, gdyż wójtowa rozczapierzała się kiej indyczka, gotowa zrobić kłótnię.

      Kowal jeno gruchnął rechocącym śmiechem i poleciał, a one ostały, pogadując już mało wiele72 o różnościach, a coraz ciszej i senniej, jakby z tych ciężkich turbacji73 albo samego gorąca, co już doskwierało zgoła nie do zniesienia. Parno się przy tym robiło i dziwnie duszno, nie powiał wiater bych najlżejszy, że ni jeden listek i ni jedno źdźbło się nie zaruchało, a chociaż przeszło już spory kawał czasu od południa, to jednak słoneczny war lał się jeszcze żywym ogniem i tak przypiekał, jaże ściany płakały żywicą i więdły pomdlałe chwasty i kwiaty.

      Ryk się naraz wydarł przeciągły i tęskliwy; jakiś chłop prowadził krowę po drugiej stronie stawu.

      – Pewnikiem do księżego byka! – ozwała się Płoszkowa, goniąc oczami krowę, szarpiącą się na postronku.

      – Młynarz do niego jeszczekСкачать книгу


<p>46</p>

kiej (gw.) – jak, niby. [przypis edytorski]

<p>47</p>

wszyćko (gw.) – wszystko. [przypis edytorski]

<p>48</p>

bierąc (gw.) – biorąc. [przypis edytorski]

<p>49</p>

kajś (gw.) – gdzieś. [przypis edytorski]

<p>50</p>

cosik (gw.) – coś. [przypis edytorski]

<p>51</p>

stojała (gw.) – stała. [przypis edytorski]

<p>52</p>

kiej (gw.) – jak, niby. [przypis edytorski]

<p>53</p>

dyć (gw.) – przecież. [przypis edytorski]

<p>54</p>

w dołku sparło (gw.) – chodzi o nerwowy skurcz żołądka. [przypis edytorski]

<p>55</p>

poredzić (gw.) – poradzić, zdołać. [przypis edytorski]

<p>56</p>

kajś niekaj (gw.) – gdzieniegdzie. [przypis edytorski]

<p>57</p>

wyrychtowany (gw.) – przygotowany, wyszykowany. [przypis edytorski]

<p>58</p>

ubier (gw.) – ubiór, strój. [przypis edytorski]

<p>59</p>

kieby (gw.) – niby, jakby. [przypis edytorski]

<p>60</p>

chrześcijan (gw.) – chrześcijanin. [przypis edytorski]

<p>61</p>

kaj (gw.) – gdzie. [przypis edytorski]

<p>62</p>

dzieucha (gw.) – dziewucha, dziewczyna. [przypis edytorski]

<p>63</p>

tyla (gw.) – tyle. [przypis edytorski]

<p>64</p>

przeciek (gw.) – przecież. [przypis edytorski]

<p>65</p>

zwiesna (gw.) – wiosna. [przypis edytorski]

<p>66</p>

luby (daw., gw.) – miły. [przypis edytorski]

<p>67</p>

jeno (daw., gw.) – tylko. [przypis edytorski]

<p>68</p>

przyjacielstwo – przyjaźń. [przypis edytorski]

<p>69</p>

sielnie (gw.) – silnie, mocno. [przypis edytorski]

<p>70</p>

nikto (gw.) – nikt. [przypis edytorski]

<p>71</p>

poniechać (daw., gw.) – zostawić. [przypis edytorski]

<p>72</p>

mało wiele (gw.) – trochę. [przypis edytorski]

<p>73</p>

turbacja (daw., gw.) – kłopot, zmartwienie; uciążliwość. [przypis edytorski]