Schwytać szczęście. Dorota Milli

Schwytać szczęście - Dorota Milli


Скачать книгу
e3d1eqb924s5f97rbef8c7c84bf31f5a9.jpg"/>

      Czytelnikom, by szczęście Wam sprzyjało!

      Gdy zamykają się jedne drzwi do szczęścia,

      otwierają się inne,

      ale my patrzymy na pierwsze drzwi tak długo,

      że nie widzimy tych drugich.

      Helen Keller

      1

      Piękna roślinność i kolorowe ryby raf koralowych hipnotyzowały. Obserwowała jaskrawe malunki na połyskującym łuskami ciele, nieśpieszne ruchy płetw, choć dziś zabrakło tu entuzjazmu. Ulubione miejsce nie przyniosło jej pocieszenia i nie oderwało od problemów.

      Zrezygnowała z dalszego spaceru po oceanarium, mimo że ledwo przekroczyła jego próg. Niezgrabnie ubierała się, czując lekki szum w głowie, który był celowym zabiegiem wyłączenia się z rozważań o tym, co będzie i co ją czeka. Przewidywalna codzienność właśnie dobiegła końca. Zaczynała od początku. Uważała, że szczęście jej sprzyja, ale ostatnio dopadł ją pech. Dzisiejsze wydarzenia utwierdziły ją, że jeszcze nie wyczerpał swojej rażącej siły spustoszenia.

      Opuściła półokrągły budynek zaatakowana przez nachalny wiatr. Przed nią rozpościerał się bezkresny widok morza ubranego w ciemne szaty nocy. Słyszała chlupot fal uderzających o betonowy brzeg mola południowego. Ciężkie chmury skrywały blask gwiazd, ale migocące ogniki przycumowanych żaglowców idealnie wypełniały ich zadanie.

      Łuna poświaty miasta Gdynia odbijała się od ciemnej tafli morza, a mokry deptak potęgował światło rozbudzonych latarń. Poczuła krople wody na twarzy, a poły płaszcza rozchyliły się szerzej, pozwalając lodowatym podmuchom na atak.

      Siłowała się z guzikami, kierując w stronę miasta. Szukała w kieszeni czapki, a z drugiej starała się wyciągnąć zwinięty i wepchnięty tam szalik. Pierwsze dni wiosny nie przyniosły upragnionego ciepła, panowała zima, która stanowczo podkreślała, że nigdzie się nie wybiera.

      Unoszący się śmiech mijanych przechodniów wywołał tym większy smutek. Nie chciała wracać do mieszkania, potrzebowała odwrócenia uwagi, uspokojenia myśli. Przynajmniej dziś zwolniła się z działania, dając upust nagromadzonej rozpaczy.

      Niezgrabnie wciągnęła czapkę na głowę, a włosy, które poleciały jej na twarz, przykleiły się do niej. Wyszarpała szalik, lecz ten w jej niepewnych rękach zerwał się do lotu porwany przez wiatr. Nie zdążyła przekląć, gdy pojawił się przy niej mężczyzna i szybkim ruchem ręki pochwycił jego koniec, zanim zdążył odlecieć.

      – Dobrze, że na siebie wpadliśmy. Uratowałem pani szalik.

      – Nie nabiorę się. – Wyszarpnęła mu z rąk swoją własność, próbując zobaczyć, jak wygląda. Stał tyłem do światła, które ją oślepiało, dodatkowo szalik skrywał jego część twarzy, a czapka włosy. Mrok maskował oczy mężczyzny.

      – Na co dokładnie?

      – Na ten szarmancki miły ton. Koniec, skończyłam z facetami.

      – „Koniec” i „skończyłam” obok siebie w zdaniu brzmią dosadnie – rzucił z nutą rozbawienia.

      – Dobrze się pan bawi? Ja wcale. – Z łatwością poddając się szturchnięciom wiatru, lekko bujała się, starając się otulić szyję i twarz szalikiem.

      – Aż tak źle? Może mogłbym wpłynąć na zmianę pani zdania? – Z zaciekawieniem obserwował jej nieporadne ruchy i roztrzepanie.

      – Bgam…

      – Może tak będzie lepiej. – Odsunął szalik z jej ust, by lepiej ją zrozumieć.

      – Błagam! Miłe słówka nie robią na mnie wrażenia. Już nie robią.

      – Do kiedy robiły? Albo do której?

      – Dowcipniś się znalazł. Niech pan idzie rozbawiać inne nieświadome ofiary.

      – Może jednak mogę w czymś pomóc? – zapytał z troską niezrażony jej niechęcią.

      – Czy ja wyglądam na kogoś, kto potrzebuje pomocy? – oburzyła się, marszcząc czoło.

      – Mogę panią odprowadzić do domu, żeby nikt więcej pani nie zaczepiał.

      – Nie wracam, jeszcze nie skończyłam, dopiero się rozkręcam.

      – Zdecydowanie ma pani dość.

      – Pan nie będzie o tym decydował. Jestem samowystarczalną i… wolną kobietą.

      – To brzmi jak zaproszenie.

      – To brzmi… bardzo smutno…

      – Mieszka pani niedaleko? – zapytał, widząc, że zaraz się rozpłacze. Chciał odejść, ale nie mógł zostawić kobiety w takim stanie. Rozejrzał się, byli sami, grupki osób szybko znikały we wnętrzach przyulicznych lokali, serwujących dobre jedzenie i suchy kąt.

      – Mieszkam… sama – powiedziała z rozpaczą, przecierając ręką nos. – Nie, to nieprawda… Mam Tancerza. To mój jedyny przyjaciel – zapewniła z mocą.

      – Na pewno jest wspaniały. Sąsiad?

      – Proszę mi dać spokój.

      – Uraziłem panią?

      – Proszę nie być miłym, nie nabiorę się…

      – Wiem, skończyła pani z mężczyznami. Pies? – Naprawdę chciał wiedzieć, kogo nazywała Tancerzem.

      – Miłego wieczoru! – Odwróciła się z zamiarem odejścia.

      – Pani powinna go zakończyć.

      – A pan powinien się odczepić.

      Z determinacją stawiała kroki, mając zamiar dokądś dojść, ale na pewno nie do pustego mieszkania. Uciekła z niego zaatakowana samotnością, złymi przeczuciami i porzuconymi ubraniami, które chciała wyrzucić przez okno.

      Budynek z rozświetlonym napisem „Tawerna” wydawał się idealnym miejscem na jej smutki. Uczepiła się tego neonu jak samotny rybak blasku latarni w oddali.

      ***

      Przyjemne ciepło otuliło jej ciało. Rozejrzała się po ciężkim wystroju tawerny. Dominował nadmorski klimat, na pokrytych drewnem ścianach wisiały sieci i zmyślnie związane liny, znalazło się miejsce na wiosła i koło sterowe. Pod sufitem zawieszono latarnie dające przymglony blask, mniejsze zostały ustawione na wysłużonych przez czas blatach. W każdym wolnym miejscu umieszczono ciężkie ławy i stoły, marynistyczny styl był widoczny w wielu drobiazgach.

      Jej uwagę przykuł ogromny globus stojący pod ścianą, a oświetlony punktowo sprawiał, że miało się ochotę podejść i przyjrzeć namalowanej na nim historii. Zapragnęła wskazać placem miejsce, inne niż obecne, i na kilka chwil oderwać się od problemów, które znienacka stanęły jej na drodze. Przeniesienie się nie było jednak możliwe, musiała zmierzyć się z trudnościami.

      Wsłuchała się w gwar, który niszczył ciszę. W tle grała muzyka, szanty rozbrzmiewały skoczną melodią, dzwoniły szklanki wprawione w ruch. Duszny zapach jedzenia nie przeszkadzał, jedynie rozbudził apetyt. Piwo, które wypiła, spowodowało w jej ustach niesmak.

      Stała pośrodku, zawieszona jak w próżni, omijana przez bawiących się klientów, i czuła rozrywający smutek. Ludzi, którzy ją zawiedli, było kilku. Wydarzeń zmieniających jej plany życiowe – podobnie. Zastanawiała się, co bardziej ją dotknęło. Nie potrafiła zdecydować, a to pogłębiało jej żal. Co zniszczyło jej dobrze zapowiadający się rok? W końcu jeszcze kilka tygodni temu wszystko układało się po jej myśli.

      – Hana? Hana Swat! Co tu robisz?

      – Znam ten miły ton, już go gdzieś słyszałam. – Hana podniosła głowę, przyglądając się wysokiej kobiecie. Jęknęła, gdy pamięć wróciła. Każdego mogła się spodziewać, ale nie jej, nie Duńczyk. Wszyscy na uczelni trzymali się od tej dziewczyny z daleka. – Miło cię widzieć, Liwio.

      – Wcale się nie cieszysz.

      – Cieszę, ale w środku, głęboko w sercu. Na jego dnie. – Nie miała siły


Скачать книгу